1987 Mistrz i Małgorzaty

Odgłosy Łódź, 22 sierpnia 1987 roku. Mistrz i Małgorzaty…

Ten wyścig zaczął się dużo wcześniej niżby się wielu obserwatorom zdawało. To, co oglądaliśmy na szklanym ekranie oraz w sopockim amfiteatrze było zaledwie typowym wyjściem na „ostatnią prostą’. I choć różne były „typy”, wcześniejsze prognozy u bookmacherów, choć nie wszyscy byli przekonani jak obstawiać: na „triplę” czy „po porządku”, na „celowniku” wyjaśnia się zwykle wszystko. Na Służewcu rzecz jasna i innych szacownych torach wyścigowych. W sopockiej gonitwie miało się wrażenie, że jurorzy finisz przespali, akurat stali tyłem, a teraz usiłują wszystkich przekonać, że przecież o „szyję” wygrała ‘piątka” przed „dwunastką” i „ósemką”.

Ale publiczność też ma oczy, nie spała mimo późnej raczej pory, toteż rozgorzała prawdziwa burza, po wszystkich szanujących się gazetach dyskusje i frapujące opisy gonitwy z gromami i piorunami pod adresem… Właśnie – pod czyim?

Okazało się bowiem, że to nie sędziowie, nie jurorzy, ale sam sekretarz biura wyścigowego, kontrolując cały czas przebieg zawodów, zadbał o taki a nie inny finał. Wypowiedzi pozamykanych pod sceną sędziów, których nie dane było podpisać stosownych protokołów, ani – sorry – wyjść za potrzebą, dyskutujących gdzieś w kazamatach, gdy na estradzie wręczono szarfy, korony, wazony, obsypując finalistki gonitwy prawdziwym deszczem wyrafinowanych prezentów – jeżą się włosy na głowach. W takim choćby „Przekroju” Anna Kulicka już w tytule pyta „Kto naprawdę wybrał Miss Polonię’87. Czyta się…

Temat na kanikułę, wspaniały, publiczność już rozgrzana, więc warto sprawę powałkować dłużej nieco o tak zwanych środkach przekazu. Co by bowiem nie powiedzieć, faktem jest, iż taką pulą nagród jak tegoroczna Wielka Sopocka nie może się pochwalić żadna inna gonitwa, w żadnej dyscyplinie – od Konkursu Chopinowskiego poprzez Kołobrzeg na Wyścigu Pokoju skończywszy.

I właściwie nie powinien się nikt dziwić, że walka na trasie „idzie na całego”, gdy główną nagrodą jest uniezależniająca nas od benzynowych problemów piękna, egzotyczna Toyota… A tak na marginesie: jak się ładnie przez tych kilka lat rozkręcił te zawody. Uroczej Lidii Wasiak naprawdę powinno się coś do nieszczęsnego „malucha” dołożyć: może przyczepę z Niewiadowa? Czy choć byle jaki magnetowid? Osobiście jestem za, bowiem – uchylę rąbka tajemnicy – moim zdaniem nadal jest najpiękniejszą z Polek, jakie przewinęły się przez te wszystkie lata, na wyścigach organizowanych przez Mistrza i jego biuro. Ot, faktycznie, takie frywolne nieco skojarzenie: Mistrz i Małgorzaty…

O Mistrzu – dla specjalistów – Jerzym Ch. Napisano już w tym roku sporo, choć po ostatnich występach – o zgrozo – dość cierpko. A wszystko ponoć przez ów niesympatyczny nawyk bycia. Jestem zgoła innego zdania, ale o tym za chwilę, bowiem myślę, że warto sporo miejsca poświęcić „Małgorzatom”…

Jedna szczęśliwa, inne mniej jakby. Jedne po trudach wyścigu odpoczywają na plaży, niekoniecznie bałtyckiej, inne, w domowych pieleszach, przeżywają gorycz porażki. A może tylko jedno więcej życiowe doświadczenie? Sympatyczną przygodę? Otarcie się o high life w krajowym wydaniu? Oto garść wrażeń dwóch, przepraszam –  trzech łodzianek, zebranych w kilkanaście dni po finałowej gonitwie. Czyli – bez tremy, sztuczności, obaw o konsekwencje…

Panna Wioletta jest wysoką (metr i siedemdziesiąt…) rudą „kasztanką”. Rasowa uroda, nerwy z trudem trzymane na wodzy, stara się być swobodna i luźna, choć wiem, że to wciąż maska. Zgodziła się na tę rozmowę bez większych obiekcji, ale na początku była wyraźnie spięta i stremowana.

Zaczynamy od ukochanych koni – przez wiele dni nie mogłem upolować studentki UŁ, bowiem każdą wolną chwilę spędzała w stadninie w Bogusławicach.

– Zakochałam się w nich z wzajemnością. Tak jak podałam w tym nieszczęsnym teście – nawet praca w stajni jest dla mnie formą relaksu.

Dlaczego „nieszczęsnym”, tam były same mądre pytania. Choćby „Ulubiony piosenkarz”, „Ulubiony owoc”, „Ulubiona marka samochodu”. Tę ostatnią konkurencję wyraźnie wygrał Mercedes przed Porsche…

– Podobno była to ważna wiadomość o nas. Tłumaczono nam, że gdy wystartuje któraś z nas w Miss World, to tamtejsi organizatorzy przygotują stosowny wóz…

– Jako jedna z nielicznych wskazałaś na numer pięć czyli Monikę, gdy pytano o twój typ na najładniejszą Polkę. Skąd ta pewność?

– Monikę poznałam bardzo dobrze, mogę chyba powiedzieć, że się zaprzyjaźniłyśmy. Tak się złożyło, że z cała czołową trójką, oczywiście na zmianę, mieszkałam w jednym pokoju. Obozów, zgrupowań, tras objazdowych w tym roku nie brakowało. I czas dzielony wspólnie z Moniką wspominam najmilej. Bardzo sympatyczna dziewczyna, cicha, spokojna, bez fochów, szalenie uczynna. Byłam przekonana, że powinna wygrać.

– A dwie główne faworytki?

– Może za bardzo za takowe uchodziły? Więc nie chcę mówić, mogę tylko dodać, że na dwa dni przed finałem, podałam jednemu z jurorów czołową siódemkę. Prawdę powiedziawszy – wygrałam zakład.

– Jasnowidztwo? Karty? Wizyta u cyganki?

– Nie – życie. Jeśli wyznacza się określone dziewczyny do zdjęć do kalendarza, to nie trzeba być wróżką, by wiedzieć, że wszystkie będą w czołówce. Pomyliłam się tylko co do jednej koleżanki, ale nie z pierwszej trójki, ta była „murowana”.

– Powiedz szczerze: jak amatorka Tatr, koni i psów, rumby i Kurta Vonneguta oceniała swoje szanse?

– W indywidualnych rozmowach dowiedziałam się, że jestem zbyt impulsywna, jak się wyrażono – za bardzo bogata wewnętrznie, czyli – krzykacz, kłótnik, a nie cicha, grzeczna kura. A tylko taka miała szanse. Chociaż Monika ma już dosyć…

– Skąd wiesz?

– Byłam u niej dwa dni temu w Warszawie, w hotelu „Forum”. Przedarłam się przez „bramkarzy” i udało mi się z nią godzinkę porozmawiać sam na sam. Jest zmęczona, smutna, nie odpowiada jej taki styl życia, chciałaby do domu, do rodziców. A wolno jej z nimi rozmawiać wyłącznie przez telefon. Nigdzie nie może sama wyjść, na najskromniejszy spacer – wyłącznie z opiekunem, który zwykle jest…

– Będę strzelał: sam Mistrz!

– Brawo, trafiony, no, czasem ktoś z jego najbliższej świty.

– Ale chyba nie zadecydowały u wszystkich jurorów takie cechy jak impulsywność czy…

– Och, powiedzmy sobie wyraźnie, zawsze musi być tło. A jeśli do moich „nagannych” cech dołożyć fatalnie skompletowane kreacje – to wynik końcowy jest wiadomy.

– Czyżby nawet kostium kąpielowy był nieodpowiedni?

– Fason – dla pływaczki bez biustu, kolor – żółty, który mnie optycznie poszerzał. Ale nie było dyskusji z kierownictwem na ten temat. Dobiła mnie wieczorowa suknia, w kolorze amarantowym, fason sprzed dziesięciu lat, zupełnie bez gustu, taki w stylu emerytowanej śpiewaczki operowej.

– Przygotowane przez „Justyna Fashion Studio”.

– Niestety, bowiem wiele było kreacji wyraźnie chybionych, co zresztą można było ocenić na ekranie nawet. Jakimś cudem najładniejsze, najlepiej uszyte trafiły się dziewczynom, które brały udział w koronacji. Na pewno przypadek.

– Przez łamy wielu gazet przewija się niesympatyczna sprawa jakichś donosów, anonimów. Dziś już na spokojnie możemy chyba parę słów na ten temat dorzucić?

– Ale tylko parę… Donos był, autentyczny, dotyczył… Moniki i mnie. Autorstwo? No, powiedzmy – „zgrany zespół”. Cóż nam zarzucano? Drobiazg, wręcz pryszcz…

– No, no jeszcze ciut odwagi…

– Ojej, proszę bardzo: rozdawania autografów o niewłaściwej porze.

– Zabraniał tego pewnie regulamin?

– Och, on właściwie wszystkiego zabraniał, choćby wychodzenia z pokoi po godzinie dwudziestej drugiej, nakazywał zaś m. in. bezdyskusyjne wykonywanie poleceń choreografów i opiekunów. Życie przynosiło jeszcze inne niespodzianki, jak choćby telefoniczne „rozmowy kontrolowane”. Szybko nauczyłyśmy się przez słuchawkę „grypsować” z rodziną…

– Toyotę, dostała tylko jedna z was. Ale pozostałe też ponoć obsypane zostały deszczem drogocennych nagród?

– Deszczem… Ciuchy, w których występowałam, dwa plastykowe długopisy z eleganckim nadrukiem „Stowarzyszenie Przyjaciół Expressu Wieczornego”, zegarek Omega, parę kompletów kolczyków i pół torby słodyczy firmy Mars. Jestem łasuch, więc ten ostatni prezent najbardziej mi przypadł do gustu. No, nie przesadzajmy, oprócz zegarka.

– No dobrze, ostatnie pytanie: startujesz w przyszłym roku?

– Nie.

– Dlaczegóż to?

– Ponieważ po tegorocznych doświadczeniach jestem pewna, iż w następnej gonitwie królować będzie dyscyplina, której nie znoszę i która kobiecie nie przystoi: „wolnoamerykanka”.

Z numerem piętnastym, jak zapewne Państwo pamiętacie, występowała na sopockim torze krótko obcięta blondynka – panna Jola, czyli konserwator zabytków z Łodzi. Zwolenniczka gotyku, szaszłyków, lekkiej atletyki, grupy Genesis, Marylin Monroe i Czesława Niemena nie miała również obiekcji przed spotkaniem z dziennikarzem i podzieleniem się prywatnymi odczuciami w parę tygodni po wyścigu.

I też nie uważa się za dziewczynę typu „ciche cielę”, a w związku z tym – i ona była bez szans.

– Choć powiem szczerze: myślałam, że jednak w pierwszej piątce znajdzie się miejsce i dla mnie. Alr to pewnie byłoby zbyt obiektywnie…

– ???

– Faworytki były dwie, wiadomo które, na plenerze fotograficznym też cała zabawa wokół nich się kręciła. Poza tym – zaszkodziły mi włosy.

– Niewłaściwa fryzura, niekorzystny kolor?

– Przede wszystkim – długość. Powiedziano mi wystarczająco nawet wcześniej, bym nie maiła złudzeń, że z krótkim włosami w tym roku daleko nie zajdę. Suknię też miałam fatalną…

Wioletta też narzekała.

– Miałam taką samą! Fatalnie się w niej czułam. Chciałam nawet wcześniej zrezygnować, ale Konrad – to mój chłopak – powiedział mi w rozmowie telefonicznej – Walcz do końca.

– Bez stresów? Choć głęboko – żal, wyczuwalny zawód. I pewnie były łzy?

– O nie! Choć wiedziałam, że chyba nie mieszczę się w pierwszej dziesiątce, starałam się wypaść na scenie jak najlepiej. A później miałam już dość tej zabawy, zeszłam do garderoby, nawet na przenośnym telewizorku nie oglądałam finału.

– Nie był dla ciebie niespodzianka?

– Nie, na kilka dni przed wręczeniem korony wiedziałam, że miss zostanie Monika.

– Zdradź: skąd? Sny, przeczucie czy pasjans?

– Wiedziałam – po prostu. Ale przecież nie powiem od kogo. No i sprawdziło się…

– Będziesz próbowała szczęścia w roku przyszłym?

– W przyszłym chyba jeszcze nie, za wcześniej, byłoby mi wtedy rzeczywiście przykro, gdybym znów odpadła, a za dwa lata – zobaczymy. Zapuszczam długie włosy…

– Z prezentów jesteś zadowolona?

– Tak, z najbardziej z zegarka, który podarowałam chłopakowi. Losowałyśmy je po kolei – i trafił mi się model klasycznie męski…

Kaśka, która dwa kata temu reprezentowała ‘łódzkie barwy” w ogólnopolskim wyścigu o koronę nic przez tych kilkanaście miesięcy nie straciła na urodzie, zyskała natomiast widoczny już po paru minutach rozmowy – dystans. Dystans, luz, spokoje, z przymrużeniem oka spojrzenie na gonitwę określaną jeszcze gdzieniegdzie wyborami najpiękniejszej Polki. W tym roku też była w Sopocie. Jako widz. Wraz z mężem Piotrkiem bawili się w „Gdyni’ do białego rana.

– Co mi najbardziej przypadło do gustu? Bardzo smaczny „strogonv” i półmisek wędlin. Tu nic nie można podmienić, namówić, oszukać – wyreżyserować. Albo jest wędlina świeża, albo – nie…

– ???

– To żarty oczywiście. A wrażenia z wyborów? Dwa podstawowe: straszna walka, widoczna na twarzach dziewczyn jeszcze przez wiele godzin po koronacji i – trafny wybór najpiękniejszej. Im dłużej się później przyglądałam Monice – tym wydawała mi się ładniejsza. O balu nie ma co opowiadać, w każdym razie był o wiele smutniejszy niż łódzki.

Niech mi będzie wolno na zakończenie kilka ciepłych słów przekazać Mistrzowi. Drogi panie Jerzy Ch.! Niech się pan absolutnie nie przejmuje tymi złośliwymi przytykami o jakoby niestosownym wielce żuciu gumy w trakcie zawodów. To wszystko z zazdrości! Sami nie kupią, a drugiemu zazdroszczą!. Myślę, że nie tylko nie powinien pan, drogi Mistrzu, brać sobie do serca tych bezsensownych wypowiedzi, ale odważnie pójść jeszcze dalej! Bowiem faktycznie, ta Wrigley’s Spearment Chewing Gum czy inne głównie kojarzą się nam z zawodową amerykańską liga czy to koszykówki czy choćby delikatnego hokeja na lodzie. Generalnie – ze wstrętnymi wynalazkami tych niedobrych kapitalistów. A my przecież nie gęsi… Dlatego sugeruję, by w kolejnej, przyszłorocznej edycji turnieju, zastąpił Mistrz żucie gumy bardziej jeszcze efektownym (a jakże swojskim…) akcentem: wydmuchiwaniem nosa przy użyciu jednego z kciuków lub ewentualnie dyskretnym spluwaniem przez zęby na estradę. Złośliwym można zawsze wygarnąć, że to na szczęście.
DARIUSZ DOROŻYŃSKI