1990 Miss blisko omdlenia

Sport i Życie. Katowice, 17 lipca 1990 roku
Wszystkie konkursy piękności wyglądają podobnie. W finale jury i – pośrednio – zebrana publiczność wybiera Najpiękniejszą spośród dwu kandydatek. Nie inaczej było w Sopocie, późnym wieczorem, 6 lipca. Jedna z dwu: albo Beata Sudolska, albo Ewa Szymczak miała zdobyć koronę Miss Polski. Na nie skierowali więc kamery operatorzy Telewizji Polskiej…

Dyrygujący dramaturgią spektaklu za kulisami reżyser zobaczył nagle na ekranie monitora, że Ewa zachowuje się na estradzie Opery Leśnej, jakby była nieobecna; że jest bliska omdlenia. Natychmiast wydał więc polecenie, aby dwaj tancerze-asystenci wyszli na scenę i stanęli za jej plecami jako swoista eskorta, na wypadek gdyby miała stracić przytomność.

Takiego zbiegu okoliczności nikt nie był w stanie wyreżyserować. Akurat w tej samej sekundzie konferansjer ogłosił ostateczny werdykt jurorów, tradycyjnie „od tyłu”, czyli wymienił jako pierwsze nazwisko Beaty Sudolskiej – I wicemiss. Zdezorientowani asystenci, pomni niedawnego polecenia stosowną szarfą przepasali… Ewę. Ona sama, nieprzytomna ze szczęścia w ogóle nie zareagowała! Z całej uroczystości nie pamięta nic! Jakby to nie jej ceremonia dotyczyła.

Eliminacje organizowanego po raz pierwszy konkursu „Miss Polski” odbywały się zimą. Kandydatki zgłaszały się osobiście, zwabione anonsem prasowym. W Łodzi stosowne ogłoszenie przeczytała Ewa. Przez eliminacje przebrnęła bez trudu i stanęła do konkursu „Miss Regionu”. Wyznaczonego spośród znanych łódzkich postaci publicznych jury spodobała się, ale… nie do końca. Dlatego nie została Miss Ziemi Łódzkiej! To z kolei pociągało za sobą określone reperkusje. Najładniejsze panny w województwach automatycznie kwalifikowały się do sopockiego finału. Te „drugie” i „trzecie” nie przegrywały jednak swoich szans. O ich uczestnictwie w ostatecznej rozgrywce zdecydować miał konkurs półfinałowy we Wrocławiu. Dziewczyn zjechało do Wrocławia prawie siedemdziesiąt! Trzynaście – już z tytułami regionalnymi – niejako dla ozdoby, a z pozostałych nowe jury miało „dobrać” piętnaście, właśnie jako „super- sąd konkursowy”.

To jury wrocławskie liczyło sobie siedemnaście osób. Nie sposób dziś dojść, dlaczego właśnie – tyle? Może ktoś zawiódł oczekiwania organizatorów i nie dojechał na czas i na zasadzie kooptacji poproszono do loży kogoś nieprzewidzianego wcześniej. W każdym razie jurorzy powierzone zadanie potraktowali bardzo serio i dokonali wnikliwej selekcji. W tym konkursie Ewa Szymczak wylosowała numer „17”. I kiedy na zapleczu Opery Wrocławskiej podliczano głosy, okazało się, że tylko jedna kandydatka zdobyła komplet punktów, tylko jedną wszyscy arbitrowi widzieli bez dyskusji w finałowej rozgrywce: numer 17 – Ewę Szymczak.

Czyli – jury łódzkie popełniło pomyłkę, na szczęście w porę naprawioną.

W latach poprzednich „misski” przedstawiały się szerokiej publiczności na długo przed finałem. Organizowano specjalne koncerty, pokazy mody, prezentacje. Oswajano niejako opinię publiczną z wizerunkami kandydatek. Pomysł okazał się… średni! Trzy lata temu właśnie przez to „upublicznienie” Bognę Sworowską okrzyknięto „Miss Polonia” na wiele tygodni przed konkursem. Pisma ilustrowane prześcigały się w publikacjach jej portretów. A później, w Sopocie okazało się, ze jurorzy wybrali Najpiękniejszą… pannę Monikę Nowosadko! Wybuchła wielka awantura, na jurorów spadło podejrzenie o manipulowanie końcowymi wynikami i pomysł wybierania… przed wyborami upadł. Dla dobra dziewcząt i – właśnie – uniemożliwienia jakiejkolwiek manipulacji.
Kandydatki do tytułu „Miss Polski” zwołane zostały na początku maja na zgrupowanie do Wieżycy na Kaszubach. Taki obóz przygotowawczy jest rokrocznie niezbędny, bo ‘misski” muszą przejść choćby krótki kurs tańca estradowego, aby w czasie konkursu stanowiły zespół, a nie tłum skrzykniętych przypadkowo do występu panienek.

Podczas takich zgrupowań poznaje się charaktery kandydatek, jedne są pewne siebie i już „przymierzają się” do korony Najpiękniejszej, inne odwrotnie – zaskakują nieśmiałością, peszą się, przeżywają załamania. W tym roku Ewa Szymczak sama usytuowała się w grupie „pośredniej”: nie widziała się ani w roli księżniczki, ani w roli Kopciuszka, dając dowód postawy co najmniej inteligentnej.
Ewa ma lat 23 i studiuje w Łodzi medycynę. Jaj marzeniem jest specjalizacja w chirurgii, co zastanawia, bo to raczej męskie zajęcie, a już najmniej pasujące do Miss.

Ale Ewa konkurs piękności traktuje z przymrużeniem oka. Dla niej ma to być tylko jeden rok wyjęty z normalnego życia! Może ma rację, a może niezupełnie…
Jej poprzedniczki, przynajmniej niektóre, myślały podobnie. A potem posypały się propozycje kontraktów reklamowych, zaproszenia na konkursy międzynarodowe, tytuły i nagrody…
Piękne Polki na Zachodzie robią karierę i zarabiają prawdziwe pieniądze. Te najambitniejsze zdołały jednak ukończyć studia i obiecują sobie – choć z coraz mniejszym przekonaniem – że wrócą do wyuczonych zawodów. Ale… łatwiej być Miss z tytułem magistra ekonomii, niż z dyplomem lekarza…
Najtrudniejszy wybór dopiero przed Ewą, czas pokaże, jak pokieruje sama swoim losem. Na pewno jednak kariera modelki nie zawróci jej w głowie, bo Ewa Szymczak modelką jest, i to od już dość dawna. Jej urodę nie mogli nie zauważyć projektanci mody i „Telimena” doskonale zna jej wymiary. W specjalnym katalogu, wydanym z okazji dorocznych targów „Interfashion” znalazło się kilka zdjęć Ewy Sz. W bardzo szykownych kreacjach.

Te wymiary są godne do pozazdroszczenia dla wielu pań. Przy wzroście 172 cm 90-67-93! Ewa ma inne jeszcze predyspozycje, mile widziane u Najpiękniejszej Polki. Zna dobrze dwa języki obce: francuski i niemiecki. A to jest najlepszy paszport na świat. W przeszłości wiele już mieliśmy pięknych „miss-ek” – reprezentantek w konkursach międzynarodowych, ale swoje szanse grzebały niemożnością porozumienia się zagranica. Ale gdy Aneta Kręglicka znakomicie mówiła po angielsku, to została Miss Świata!
Do oceny prezentacji i innych walorów finalistek zaproszono do Sopotu aż dwudziestu jurorów: reżyserów, projektantów mody bywalców w szerokim świecie. Ich werdykt nie był jednomyślny i namawiani do zwierzeń są teraz bardzo ostrożni w słowach. Oczywiście, wszystkim podobała się Ewa, ale nie tylko ona. Dlatego dość zgodnie dokonano wyboru finałowej piątki. Później gusty były podzielone. Miała na nie wpływ także publiczność w Operze Leśnej, która – zdawało się – najgłośniej bije brawo późniejszej I wicemiss – Beacie Sudolskiej, ale własnym tytułem nagrodziła krakowiankę Annę Wodzień. Urody Ewy nie można było nie dostrzec, ale nie występowała w roli stuprocentowej faworytki. Z kart jurorów wynika, że pokonała Beatę S. różnicą dziesięciu punktów, a trzecią w konkursie – Lidię Banach z Olsztyna różnicą punktów już dwudziestu.

Kiedy wreszcie ogłoszono werdykt i wyjaśnione zostało nieporozumienie z zamiana szarf, w sopockim amfiteatrze rozległy się brawa, ale… trochę gwizdów też. Bo widzowie (i telewidzowie) widzieli dwie najładniejsze: blondynkę i czarną. Jurorzy wybrali tę pierwszą, może także dlatego, że niepisana tradycja nakazuje wybrać Miss Polski właśnie blondynkę, zgodnie z kanonem słowiańskiej urody. Niby tradycję tworzy tak naprawdę teraźniejszość, ale faktem jest, że nigdy w dotychczasowych konkursach żadna brunetka nie zdobyła tego zaszczytnego tytułu.
Zatem jury okazało się, być może, konserwatywne i publiczność dała mu to odczuć natychmiast po zakończeniu uroczystości. Dziennikarze obsługujący imprezę zachowali więcej umiaru niż w latach poprzednich. Uznali urodę Miss, ale – I wicemiss również, godząc się z prostym faktem, że wygrać może tylko jedna.

Tuż po ogłoszeniu wyników piękne dziewczęta zostały zaproszone na pierwszą swoją konferencję prasową. Pytania, jak zwykle, nie wyszły poza przyjęte granice banalności.
Miss Polski jako główną nagrodę otrzymała nowy model japońskiego auta marki „Toyota Corolla”, więc spytano ją, czy ma prawo jazdy! Ma! Czy nie boi się konkurencji międzynarodowej? Nie boi się, dlatego wystartuje w konkursie „Miss World” w Londynie (a może gdzieś dalej) i konkursie „Miss International” w Tokio. Jeżeli nie zdobędzie tam laurów, weźmie udział w innych jeszcze konkursach, ale – ma nadzieję – nie zajdzie taka potrzeba. Ukończy studia. Nie przewróci się jej w głowie. Nie wie, co ją czeka w najbliższym roku. Nie wie czy jest najładniejszą Polką, bo w konkursie Miss Polski wystąpiły same piękne dziewczyny…

Lista nagród dla Miss Polski 90 jest długa. Niewątpliwą atrakcją, poza Toyotą jest koń wierzchowy, 7-letnia klacz „Noteć” z kieleckiej stadniny. A poza tym – etola z szynszyli, całoroczny zestaw kosmetyków francuskiej firmy „Ives Rocher”, dwa tygodnie wakacji na Węgrzech i tydzień w Paryżu, angaż do filmu w Berlinie Zachodnim, stroje, sprzęt elektroniczny; no istny deszcz upominków większych i mniejszych, oficjalnych i nadzwyczajnie sponsorowanych. Już w pierwszym tygodniu „królowania” teleks w „Misslandzie” zaczął wystukiwać zaproszenia z całego świata. Pierwsi – Litwini, do jury w konkursie „Miss Wilna” nadto pan Zeiller, organizator „Miss Europa” i … w karneciku spotkań Miss Polski zaczyna brakować wolnych terminów. Tak jest co roku, i tak być musi. Najpiękniejszej nie grozi samotność.
JANUSZ ATLAS